Nazista, który samochodem zaludnił odległe stany Ameryki

Jak spędzisz następne 93 minuty swojego życia? Tyle czasu pod koniec 1913 roku zajmowało najszybszej wówczas fabryce samochodów na świecie wyprodukowanie jednego modelu auta – i to dzięki zastosowaniu techniki, która zrewolucjonizowała cały przemysł, a wraz z przemysłem sporą część życia społecznego. Na czele tej fabryki stał z pozoru nieśmiały właściciel, mający obsesję na punkcie wydajności i upraszczania wszystkiego. Brzmi znajomo? Nie, nie chodzi o Steve'a Jobsa – on urodził się dopiero 42 lata później.

Detroit, Bagley Street, rok 1896. Spokojna okolica. Ludzie pochowani w domach. Ulicą spaceruje cisza, którą nagle przecina odgłos rąbania siekierą w ścianę garażu. Po chwili w koślawo wyrąbanej dziurze pojawia się samochód własnoręcznie zrobiony przez mężczyznę, który wyjeżdża nim na ulicę. Później powie w swojej biografii, że „skoro konstruował swoje pierwsze auto przez 7 lat, to nie mógł już dłużej czekać” – zbyt wąska brama garażowa nie była problemem. Po hucznym wyjeździe na ulicę, założy on firmę, która w okresie międzywojennym stanie się największym koncernem świata. Kim jest ten miłośnik motoryzacji? To Henry Ford – człowiek, który skonstruuje świat, jaki znamy, dzięki doskonałemu wykorzystywaniu umiejętności innych ludzi.

Upraszczaj, upraszczaj

Gdy w 1903 roku Ford wraz ze wspólnikami zakładał firmę, nie miał zbyt dużej konkurencji – po Stanach kursowało około 70 tys. samochodów, a wielkie koncerny dopiero powstawały. Samochód był więc towarem bardzo ekskluzywnym, na który stać było tylko najbogatszych. Ford jednak dostrzegał potencjał nie w sprzedaży niewielu bardzo drogich aut, ale w sprzedaży ogromnej ilości tanich modeli, na które mogliby sobie pozwolić zwykli ludzie. Już sama produkcja takiego auta musiała być niedroga – stąd wzięła się jego obsesja upraszczania. Zatrudnił dwóch inżynierów, którzy zgodnie z jego pomysłami mieli opracować idealny sposób produkcji. Jednocześnie podglądał też konkurencję, kupując ich modele i rozbierając je na części. W końcu w 1908 roku pojawił się Ford T.

Był to strzał w dziesiątkę – dosłownie, bo pierwsze 10 tys. egzemplarzy sprzedało się w mgnieniu oka. To jednak tylko zaostrzyło apetyt Forda. Jako, że produkcja jednego auta zajmowała ponad 12 godzin, w 1913 roku zatrudnił niezwykłego samouka – Waltera Sandersa – który wpadł na pomysł niewielkich zespołów ustawionych wzdłuż linii oraz taśmy produkcyjnej wzorowanej na taśmie, po której poruszało się mięso w rzeźni. Taśmę w Ford Motors Company nieustannie udoskonalano, a każdą poprawkę Ford zatwierdzał osobiście, nagradzając pomysłodawcę gotówką. W taki sposób samochód po 45 czynnościach zjeżdżał z linii i był gotowy do sprzedaży.

Później składanie jednego auta przyspieszyło do jednej minuty – była to prawdziwa rewolucja na skalę światową, bo inni potentaci rynku zaczęli kopiować pomysły Ford Motors Company. Samochodów przybywało, co sprawiło, że szybko zasiedlały się nie tylko obrzeża wielkich miast, ale też odległe zakątki Ameryki.

Ciemna strona Forda

Tak Ford stawał się najbogatszym człowiekiem świata, a jednocześnie jednym z najpotężniejszych ludzi w Ameryce, wyjeżdżając na polowania ze swoim przyjacielem Thomasem Edisonem czy prezydentem USA Warrenem Hardingiem. Broń prochowa łączyła nie tylko relacje osobiste, ale umacniała pozycję Forda, który z fabryki samochodów wyciągał ręce po życie prywatne swoich pracowników – wszystko tłumacząc jakością pracy. Tak właśnie założony przez niego Wydział Socjalny wewnątrz firmy zatrudniał agentów, którzy sprawdzali, czy robotnicy prowadzą zdrowy tryb życia, nie nadużywają alkoholu, nie wszczynają awantur w domach, są spokojni i przykładni – wszystko było skrupulatnie notowane w teczce każdego z pracowników. Dyskryminowano nawet kawalerów i stare panny czy rozwodników.

Wydział Socjalny był więc bronią Forda, którą mógł skierować przeciwko dowolnemu robotnikowi za choćby minimalne odchylenie od normy. Władzy w Detroit jego totalitarne podejście i nagminna inwigilacja pracowników nie przeszkadzały odkąd prezydentem miasta został jego wspólnik. Ford miał więc pozwolenie na broń wymierzoną w swoich podwładnych.

W latach 20. i 30. Ford – mogący pochwalić się majątkiem o dzisiejszej wartości 188 mld dolarów, miał swoją własną gazetę, w której głosił antysemickie poglądy. Jego artykuły spodobały się nawet Hitlerowi, który zaprzyjaźnił się z Fordem, zamieścił wiele jego cytatów w swojej książce „Mein Kampf”, aż w końcu odznaczył go Krzyżem Orderu Orła Niemieckiego.

Choć praca u Forda była zgodą na życie w warunkach totalitarnych, to zdawał on sobie sprawę z wartości dobrych pracowników. Mimo, że pod jego sukcesami podpisuje się przede wszystkim on sam, to większość osiągnięć Forda nie miałaby miejsca, gdyby nie talenty innych ludzi. Jego talentem z kolei było umiejętne wykorzystanie docierających do niego pomysłów.

Komentarze:

2017.03.08 - Romanko:
Sam jeżdżę FORDEM ale w życiu bym nie przypuszczał, że Ford był nazistom :/ Mam nawet ciekawy medal okolicznościowy z okazji powstania naaszego zakładu (podobnych do tch na stronie https://medaleodlewane.com/13-medale-okolicznosciowe) i widnieje na nim portret H. Forda. Chyba go oddam.